PODPOWIADANKI: JAK TO Z CZASEM BYŁO

Tym razem wątpliwości miała Misia. Siedziała na ławce ze ściągniętymi brwiami a po chwili zaczęła mówić: 
- Powiedziałeś, że jak budowali kolej z Warszawy, to był tylko jeden tor. Jak to? Przecież pociągi musiały jeździć w dwie strony! 
- I jeździły. 
- To jak się mijały na jednym torze? 
- Na tzw. mijankach. Na stacjach było więcej torów. Na każdej, co najmniej dwa. 
- A w polu? – zapytał Poldek. – Jak się wymijali, gdy już wyjechali ze stacji? 
- Zasadą było to, że nie mógł pociąg pojechać, jeśli zawiadowca nie miał pewności, że tory są wolne aż do następnej stacji. Bo inaczej, macie rację, nie mogli się wyminąć i było wielkie bum! 
- To dlatego kolejarze musieli bardzo pilnować czasu? Babcia mówiła, że jak jej dziadek… 
- Czyli wasz? Pra… 
- Pra…, zaraz, prapradziadek. Że jak on pracował na kolei, to według pociągów można było nastawiać zegarki. Takie były punktualne. 
- To może trochę legenda, ale sporo jest w tym prawdy. Wracając jednak do naszego pojedynczego toru, to pilnowanie czasu okazało się zawodne. Mimo wszystko zawiadowcy puszczali od czasu do czasu dwa pociągi z dwóch kierunków jednocześnie. 
- A nie mogli zadzwonić i zapytać czy droga jest wolna? 
- Poldek, wtedy nawet jeszcze telegrafów nie było, to co dopiero mówić o telefonie. 
Dziecko, które chyba się urodziło z komórka w ręku spojrzało na mnie i się roześmiało. 
- Faktycznie, ale ze mnie głupek. 
- Faktycznie! – przytaknęła mu siostra, choć ja nie byłbym taki pewien, czy jej to samo wcześniej nie przyszło do głowy. 
- Mówicie, pilnować godziny. Na krótkich odcinkach między stacjami, nawet niech to będzie kilkanaście kilometrów, nie było to problemem. Na dworcu w Warszawie i w Grodzisku była ta sama godzina, ale na ogromnych przestrzeniach, jak w Rosji, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie stacje były bardzo od siebie oddalone co najmniej o kilkadziesiąt kilometrów, a ludzie jechali znad jednego oceanu nad drugi? To są tysiące kilometrów. A na każdej stacji mierzono własny czas, odpowiadający mniej więcej czasowi słonecznemu w danej miejscowości.  
- No, to mamy problem – stwierdził Poldek. 
- Ale problemy są po to, by je rozwiązywać. 
- Tylko jak? Bez telefonu. 
- Pomyślcie. Trzeba wymyślić coś, co jednoznacznie pokazuje na obu stacjach, czy tor jest wolny czy zajęty. 
Bliźniaki przez chwilę kombinowały, aż im dym uszami wylatywał. Po czym… 
- To musi być sposób szybszy od kolei – zastanawiał się Poldek. 
- Ale wtedy nie było nic szybszego od parowozu – ripostowała Miśka. 
- Czyli… kolej… sama musiała… Nie, to głupie – poddał się chłopiec. 
- Bynajmniej, sam maszynista musiał wieźć ze sobą informację, że tor ma wolny. Mówiąc prościej, musiał sobie ten tor… zarezerwować! 
- Ale jak? 
- Wymyślono dosyć prosty sposób. Plakietki, duże drewniane plakietki. Dostawał taką maszynista na stacji A… 
- O rany, zadanie z pociągami – pisnęła Miśka. – Tata mi kiedyś takie zadał. Straszne było! 
- Nie o to chodzi – uspokoiłem ją. – Zatem wyjeżdżając ze stacji A maszynista pociągu, nazwijmy go „Złota Strzała” dostawał plakietkę i ruszał w drogę. Skoro tej plakietki nie było w tym momencie na stacji B (ani na stacji A), to oznaczało, że tor jest zajęty. I pociąg jadący z przeciwnego kierunku – „Błękitny Express”, musi na stacji B czekać. Po przyjeździe na stację B, „Złota Strzała” oddawała plakietkę zawiadowcy, który już wiedział, że tor jest wolny, i przekazywał ją „Błękitnemu Expressowi”, który mógł już wyruszyć na stację A. 
- A „Złota Strzała” dostawał plakietkę do stacji C… 
- Tak, jeśli była ona na stacji, czyli wiadomo było, że tor jest wolny. 
- Niby skomplikowane, ale proste. I skuteczne. 
- W praktyce okazało się, że i tak zdarzały się wypadki, choćby przez ludzkie gapiostwo, ale były już dużo rzadsze niż wcześniej. Poza tym był to dobry sposób, gdy pociągów było mało. Kiedy jednak ich liczba wzrosła, podwójne tory stały się koniecznością. Dlatego wspomniałem, że budowniczowie naszej kolei wykazali się wielką wyobraźnią i dalekowzrocznością, projektując i realizując szerokie nasypy, na których po kilkunastu latach można było położyć drugą parę torów.
Fot. Anrzej Papliński
Przez chwilę bliźniaki trawiły problem stacji A, B i C, a ja szykowałem się do nowego ataku. 
- Powiedziałem przed chwilą, że na dużym obszarze, jeszcze w XIX wieku wiele miejscowości organizowało sobie życie według czasu lokalnego, wskazywanego przez słońce. Wyobraźcie sobie, że rano wyruszacie z Warszawy. Pod drodze pytacie konduktora, czy jedziecie zgodnie z rozkładem. On wyciąga z kieszeni swoją wielką „cebulę” na łańcuszku (takie wtedy były zegarki) i sprawdza godzinę. Pod Wrocławiem pytacie jeszcze raz, czy pociąg nie ma aby opóźnienia. On znowu wyciąga zegarek i uspakaja was mówiąc, że jest godzina, powiedzmy 21.14… Wszystko jest w porządku. Jechaliśmy tyle, ile przewidywał rozkład. Zaraz, zaraz, coś tu się jednak nie zgadza. Bo zegar dworcowy pokazuje godzinę... 19.00. 
- Bujasz. Byliśmy we Wrocławiu z rodzicami i zawsze była tam ta sama godzina co w Warszawie. 
- Właśnie chcę do tego dojść. Skoro Wrocław miał swój czas słoneczny, to różnił się on wówczas od warszawskiego o ponad 2 godziny. Jeśli podróż była prosta, to znaczy stolica Dolnego Śląska była jej celem, nie było problemu, o której dojedziemy, ale jeśli mieliśmy się tam przesiąść do innego pociągu, by kontynuować jazdę, to sprawa się komplikowała. Jak to obliczyć? Jak być pewnym, że dojedziemy na czas? I Wymyślono zatem, że trzeba podzielić Ziemię na strefy czasowe niezależne od słońca. W ten sposób Wrocław znalazł się w tej samej strefie czasowej co Warszawy i mamy teraz w obu miastach tę samą godzinę. 
- Czyli to jest sztuczny czas! – stwierdziła Miśka. 
- Tak sztuczny, że w Warszawie mamy tę samą godzinę co w Paryżu, a dzieli nas półtora tysiąca kilometrów. Ale dzięki temu międzynarodowemu porozumieniu organizacja, choćby transportu, stała się łatwiejsza. A wracając do tej opinii o punktualności dawnych pociągów… 
- Czyli do historii prapradziadka. 
- Tak, do historii prapradziadka Antoniego, to właśnie kolej wymusiła na ludziach punktualność, ale dała im też narzędzie, aby mogli jej przestrzegać. 
- Jak to dała narzędzie, przecież chyba mieli już zegarki. 
- Nie wszyscy, a nawet miejskie zegary na różnych budynkach mogły pokazywać inne godziny. Różnica była między nimi z reguły niewielka, kilkuminutowa, ale… Na spotkanie można się było spóźnić. Świat się nie zawalił. Na pociąg, nie. Nie czekał na spóźnialskich. Dlatego wszyscy w mieście wiedzieli, że najdokładniejszy zegar jest właśnie na dworcu i według niego trzeba nastawić swoje zegarki. 
- A zegarki były takie dokładne wtedy? – zaciekawiła się Misia. 
- Co do ich jakości można by dyskutować. Trzeba było je często regulować. Praktycznie, każdego dnia. 
- To na stacji też trzeba było je regulować codziennie? 
- Tak, poza tym wszystkie zegary na stacji musiały przecież wskazywać dokładnie tę samą godzinę i minutę! Było to bardzo trudne, aż do momentu kiedy nauczono się wykorzystywać prąd elektryczny. 
- Jak to? 
- Wówczas wymyślono coś, co nazwano zegarem wtórnym. Tak naprawdę był tylko jeden zegar z mechanizmem odliczającym czas, tzw. zegar matka, który wysyłał impulsy elektryczne do zegarów wtórnych umieszczonych w różnych miejscach na stacji. One miały tylko tarczę i pokazywały wszystkie dokładnie, co do sekundy, ten sam czas. Zniknął problem wiecznego regulowania wielu dworcowych zegarów, bowiem tak naprawdę był on tylko jeden. 
Fot. Sabina Chyla
Poldek spojrzał na swój zegarek na ręce i krzyknął: 
- Rety już dwunasta. Mieliśmy być w domu o dwunastej!
A mnie się ciepło zrobiło na duszy. Jednak Poldek to też tradycjonalista. Miśka sprawdziła godzinę w komórce. 
Anrzej Papliński

5 grudnia 2020 roku

Zapraszamy do czytania poprzednich podpowiadanek:

JAK TO Z SYRENKĄ BYŁO...

Chodzicie z dziećmi po mieście. Po drodze mijacie ulice, place, pomniki. Czasem może któreś z dzieci rzuci pytanie na ich temat...

SYRENKA Z KATEDRY

[17.07.2020] Szliśmy ulicą Świętojańską. Miśka i Poldek, jak zwykle, ciągnęli mnie do ich ulubionych lodów...

CHRYSTUS OD FARY

[24.07.2020] Lody lodami, ale w końcu znaleźliśmy się w środku katedry św. Jana. Przeszliśmy obok kaplicy – mauzoleum kardynała Stefana Wyszyńskiego i poszliśmy w kierunku kaplicy Baryczkowskiej...

JAK TO Z GOLIATEM BYŁO...

[31.07.2020] Obeszliśmy katedrę i, idąc wzdłuż murów kościoła, kierowaliśmy się ku Kanonii. Nagle Miśka, która szła pierwsza, zatrzymała się ...

LATARNIE NA DACHACH...

[7.08.2020] Ruszyliśmy szukać wielkiego stawiacza min. Żeby wyjść poza mury obronne miasta musieliśmy przejść przez rynek....

BRAMA BRAMIE...

[14.08.2020] Wyszliśmy z rynku i ulicą Nowomiejską ruszyliśmy w stronę barbakanu. Zatrzymałem się tuż przed nim...

O MAŁYCH ŻOŁNIERZACH 

[21.08.2020] Przed nami, na tle murów obronnych odcinała się niewielka sylwetka. Podeszliśmy bliżej. Na cokole stał mały chłopiec okryty panterką...

POGODA NA ULICY PIWNEJ

[29.08.2020] Weszliśmy w ulicę Wąski Dunaj, po minucie minęliśmy po lewej stronie Szeroki Dunaj, który kiedyś odgrywał również rolę rynku...

STAROMIEJSKIE GOŁĘBIE

[4.09.2020] Ulicą Piwną poszliśmy w kierunku placu Zamkowego. Po drodze minęliśmy kamienicę, w której kiedyś mieszkał aktor...

PIWNA CZY TO PTASIA

[12.09.2020] Szukaliśmy na ulicy Piwnej ptasiej mamy z jej dziećmi. Jak szliśmy w stronę gołębi, widziałam orła, ale czy był z pisklętami...

FRYCEK NA COKOLE

[18.09.2020] Alejami Ujazdowskimi szliśmy w stronę głównej bramy parku łazienkowskiego. ...

DLACZEGO NIE TUTAJ

[25.09.2020] Miałem już zamiar odejść od pomnika Fryderyka Chopina, ale Poldek zatrzymał mnie krótką uwagą...

ORANŻERIA CZY GALERIA? 

 Skierowaliśmy się w stronę schodów prowadzących na dół, na tyły Starej Pomarańczarni.

MALOWANY TEATR

- Szukajcie otwartych drzwi – poradziłem dzieciom, gdy zaczęły się rozglądać za zapowiedzianą niespodzianką. 

NO, CO Z TĄ NAZWĄ?

Okazało się, że gofry muszą chwilę poczekać. Po drodze zobaczyliśmy okrągły domek z kolumnami przy wejściu...

DOOKOŁA WODY

Bliźniaki oblizywały się po zjedzonych gofrach, ja płaciłem rachunek, a wokół kręciły się gromadki wróbli kłócących się o okruchy z ciastek...

PRZED PAŁACEM

Szliśmy szeroką alejką w kierunku mostka. Pałac pojawiał się i znikał między gałęziami drzew rosnących nad stawem. Tuż przed mostem odezwałem się tajemniczo zniżając głos...

KARMIĆ I NIE SZKODZIĆ!

Siedzieliśmy na ławce nad brzegiem stawu. Ja kontemplując piękną powierzchnię wody błyszczącą od promieni słonecznych, bliźniaki klikając w swoich „piekielnych maszynkach”...

CO MA KOLEJ DO OBRUSA?

Co ma starożytna Grecja do obecnej kolei? Czym była droga żelazna? Czemu szyny mają taki a nie inny rozstaw? Miśka i Poldek na tropie kolejowych tajemnic.

A GDZIE TEN DWORZEC?

Przyglądałem się Poldkowi. Wyraźnie coś go intrygowało. I rzeczywiście… za chwile wszystkie wątpliwości miały się rozwiać...

Copyright ©2020 Warszawa Express, All Rights Reserved.
Przygotowanie strony: Sławomir Chodorski
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
Liczba odwiedzin: 387864